FRAGMENTY

"Warto było dojść do momentu, w którym sukces można celebrować z samym sobą, bez szampana, bez fajerwerków, bez gratulacji i dyplomów, które i tak nigdy nie będą w stanie zrekompensować włożonego wysiłku, emocji, strachu, zmagań i niewiadomych. I nigdy też nie oddadzą tych kilku chwil w pełni uzasadnionego osobistego sukcesu, który może nie ratuje świata, ale czyni mnie szczęśliwym, co z kolei odbija się szczęściem na moim otoczeniu. Oczywiście skaczę dla siebie, ale nie tylko po to, aby cieszyć się tym w samotności, lecz także po to, by zyskać uznanie innych, poszerzyć swoje doświadczenia, pokonywać swoje słabości, brać udział w czymś wyjątkowym, być wyjątkowym czy ostatecznie: spełnić jedno z największych marzeń dzieciństwa, czyli być spadochroniarzem. A także, by stać się częścią grupy ludzi, którzy mi od zawsze imponowali. Włożyłem w to wiele trudu i wyrzeczeń.

Patrząc z uśmiechem na oddalające się budynki w dole, zastanawiałem się, czy dzisiejszy zysk wart jest włożonej w niego pracy, i dochodziłem spokojnie do wniosku, że w ogóle nie jest to pytanie, które powinno być stawiane w takim momencie. Bo nie chodzi tylko o tę jedną aktywność, nie chodzi tylko o tysiąc spadochronowych skoków. W ten sukces było zaangażowane znacznie więcej czynników, znacznie więcej osób, znacznie więcej zdarzeń, i – co równie ważne – znacznie więcej przypadków, zbiegów okoliczności, pomyłek i błędów.
Nie podejmowałem decyzji z myślą o tej właśnie sytuacji, kiedy spełniony siedzę we wznoszącym się samolocie, sam wśród otaczających mnie odważnych ludzi, którzy od samego początku brali udział w moim szczęściu. Choć gdyby w jednej chwili nagle zniknęli, nadal byłbym teraz szczęśliwy.
Podejmowane przeze mnie przez ostatnie sześć lat decyzje były często nierozważne, nieprzemyślane, nierozsądne, niepoważne, emocjonalne, niepotrzebne, błędne, głupie, a nieraz ryzykowne. Rzadko były to decyzje najlepsze.
Najczęściej były to rozstrzygnięcia wystarczające, powstałe w oparciu o intuicję, przeczucie czy intelektualne lenistwo. Czasem rozważałem straty, czasem zyski, czasem kierowały mną ambicje, czasem zaspokojenie targającej mną buty. Zawsze jednak dotyczyły tylko jakiegoś drobnego fragmentu życia, jakiejś jednej chwili, jednego zdarzenia, a nie jasno sprecyzowanego na horyzoncie zdarzeń wydumanego i szlachetnego celu. Było w stu procentach jasne, że gdybym był ostrożny, przewidujący, zachowawczy, mądry i odpowiedzialny, to siedziałbym na obolałej dupie, liżąc znaczki wklejane na koperty wysyłkowej sprzedaży jakiegoś nikomu niepotrzebnego produktu powstałego w zaciszu zatrudniającej mnie z łaski firmy niepłacącej ZUS-u.